piątek, 27 marca 2015

Chance- rozdział VI



 Dzisiaj krótko c:
Ale postaram się jutro wstawić nowe~
Może xD
~Ree
                                         POV BAEKHYUN
Białe światło oślepiało mnie. Zamrugałem kilkakrotnie, a obraz się wyostrzył.

Byłem w szpitalu. Cudownie, lepiej być nie mogło… Co się właściwie stało?

-Hyung?

Obróciłem głowę w bok. Na sąsiednim łóżku leżał Kai i patrzył na mnie z poczuciem winy wymalowanym na twarzy.

-Co my tu do cholery robimy?

-Lepiej się nie ruszaj. Opatrunki ci się poprzekrzywiają.

-Co się stało?- byłem zdezorientowany.

-Hmmmm… Próba samobójcza. Jesteś pocięty po całym ciele, jakbyś kąpał się w odłamkach szkła. Przepraszam, nie powinienem wspominać o Chan…

-Nie kończ. A ty co tu robisz?- przerwałem mu. Uśmiechnął się smutno.

-Jak po ciebie przyjechało pogotowie, to natknęło się na mnie w skrajnej histerii. Dostałem ataku drgawek, na zmianę śmiałem się i płakałem… Chcieli mnie dać na obserwację psychiatryczną, ale podali mi coś na uspokojenie i jest dobrze.

-Atak drgawek? Skrajna histeria?- zaśmiałem się.

-No co?- naburmuszył się trochę.           

-Brzmi bardzo męsko- skomentowałem, podnosząc się na łokciu. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami, poczułem, jak spadam.    

 -…trochę prywatności. Chodź, Kai. Przeniosą cię do innej sali.  

Głosy docierały do mnie jak przez mgłę. Nie mogłem otworzyć oczu, słuchałem tylko odgłosów przenoszenia, wstawania i ogólnego zamieszania. Potem zapadła cisza, przerywana tylko czyimś oddechem. Brzmiał znajomo, ale nie mogłem sobie przypomnieć, dlaczego. W każdym razie czułem się bezpieczny. Zacząłem odbierać więcej bodźców. Przez moje powieki prześwitywało światło szpitalnych jarzeniówek. Czyjś palec rysował po wierzchu mojej dłoni wzorki. Dlaczego nie mogłem skojarzyć tego dotyku?

Skupiłem się na wzorkach. Nie były zwyczajne. Kształty… Układały się w chińskie znaki. Kiedyś uczyłem się ich z Krisem. Co to było?

Powtarzały się. Prosty kod. Wo ai ni. Wo ai ni. Wo ai ni. Kocham cię.

Otworzyłem oczy i spojrzałem prosto w jego twarz.

-Baekhyunnie- szepnął ochryple, patrząc na mnie. Miałem ochotę podnieść się, ale nie mogłem. Nie miałem siły.

-Yeollie…- jak mogłem wcześniej nie poznać?

-Co ty sobie do cholery wyobrażałeś?- jego stwardniałe od gry na gitarze opuszki przejechały po brzegu opatrunku na lewym nadgarstku. Zatrzymały się, by zbadać starsze blizny.

-Ja…- nie wiedziałem, co mu powiedzieć.

-Chciałeś odebrać sobie życie?

-I tak nie miało sensu- miałem ochotę spojrzeć gdzieś w bok, ale nie mogłem oderwać wzroku od niego. Ostatnio widziałem go z tak bliska, gdy…

Zerwałem z nim.

-Yeollie, nie opuszczaj mnie już nigdy- starałem się nie myśleć o tym, że brzmię jak narkoman po odwyku.

-Wykorzystałeś mnie- w jego głosie usłyszałem nutkę niepewności.

-Nie… Ja… Na początku chciałem, ale ty…- szukałem odpowiednich słów, by wyrazić swoje uczucia- Aish, Park Chanyeol, nie rozumiesz, że cię kocham?

W jego oczach pojawiły się ciepłe iskierki.

-Oczywiście, że rozumiem, Baekkie.

Cholerny gigant, pomyślałem, zanim jego usta lekko musnęły moje. Przymknąłem oczy i przybliżyłem się do niego na tyle, na ile pozwalały mi opatrunki. Tęskniłem za takimi delikatnymi pocałunkami, za jego dotykiem, za nim. Może porównanie do narkomanii wcale nie było takie złe.

-Ewww, gejoza- usłyszałem od strony drzwi. Oderwałem się na ułamek sekundy od chłopaka tylko w jednym celu.

-Zamknij mordę, Sehun- powiedziałem, posyłając tęczowowłosemu mordercze spojrzenie, po czym wróciłem do zatracania się w całowaniu Chanyeola. 

-Jaki ty miły- prychnął Oh, ale zignorowałem go. Zirytowany wyszedł. Cudownie, znowu miałem najważniejszą osobę na świecie TYLKO DLA SIEBIE.

-Chan… Sorry~

Mój gigant odsunął się ode mnie niechętnie, patrząc z rezygnacją na bruneta w drzwiach.

-O co chodzi, Lay?

-Ten… Wracamy na piechotę, Luhan wziął mój samochód.

-Z jakiej racji?

-Dyo boi się szpitali. Myślałem, że zemdleje, jak tak siedzieliśmy.

-No tak, ale… Twój samochód? Twoje ukochane auto? Pozwoliłeś nim jeździć LUHANOWI?

-Gdybyś zobaczył minę Kyungsoo, też byś pozwolił.

             

                                                       ♥ ♥ ♥ ♥ ♥

                               POV D.O.

-Luhan… Słabo mi…- wyjęczałem, chowając twarz w dłoniach.

-Wytrzymaj jeszcze troszkę.

-Ale mi naprawdę niedobrze- zacisnąłem palce na krawędzi pasa bezpieczeństwa.

-Tylko nie mdlej mi w samochodzie… Xingie by mnie zabił.

-No przecież się staram.

-Super. Jeszcze tylko chwilka… poradzisz so… Asdfghklljn… Khhdcevqre…

Słowa jelonka zaczęły się zlewać w jedno, a obraz pokryły tańczące czarne plamki. Opadałem w nicość.



                               POV KAI

-…zdjęcie? Jaja sobie robisz!

Na palcach wszedłem do sali Baekhyuna, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Cała trójka (Baek, Yixing i Chanyeol) gapiła się w wyświetlacz telefonu.

-Daj mi to- warknął Zhang, wyrywając gigantowi przedmiot i wciskając przycisk łączenia.

-LU HAN? CZY CIEBIE JUŻ DO RESZTY…- tu przeszedł na mandaryński. Kris też mówi w tym języku, gdy jest zirytowany.

-Lay, daj mi słuchawkę. Halo, Lu? Nie stresuj się. Jak to leży? Jak to nie możesz go obudzić? Spokojnie, mówię. Oddycha? Serce w normie? Okej, ja i jednorożec już jedziemy. Tak, pojedziemy moim autem… Zostań przy nim i się nie ruszaj. Wyluzuj, to Kyungsoo. On jest silny. Zachowujesz się jak kobieta w ciąży…

Czy mi się zdawało, czy Park powiedział KYUNGSOO? Momentalnie cały się spiąłem.

-Niedługo cię znowu odwiedzę. Muszę pomóc temu jeleniowi. Zdrowiej, kochanie- Chanyeol pocałował Baekhyuna! Ucieszyłem się, w końcu diva przestanie się smucić.

-Jadę z wami- powiedziałem. Co z tego, że przy okazji się ujawniłem.

-Ummm, Kai?- powiedział Chan z powątpiewaniem. Wymieniłem szybkie spojrzenia z Baekiem.

-Yeollie, pozwól mu.

-To nie jest dobry pomy…

-Niech jedzie- wtrącił się Yixing.

Pięć minut później siedzieliśmy już w samochodzie i jechaliśmy w stronę domu Lu Hana.

-Tam są!- zauważyłem. Szczęście, że Chińczyk nie mieszkał daleko. Zobaczyłem też drugą postać, leżącą w trawie. Gdy tylko zahamowaliśmy, podbiegłem tam. Kyungsoo miał spokojną twarz, jakby spał. Zdradzała go jednak bladość.

-Kai, bądź tak miły i wpakuj się razem z nim na tylne siedzenia. W domu się nim zajmiemy. Dobrze?

Skinąłem głową i wypełniłem polecenie Xinga. Szybko znalazłem się w samochodzie. Głowę chłopaka ułożyłem sobie na kolanach, przy okazji bawiąc się jego czerwonymi włosami. Ruszyliśmy szybko. Wpatrywałem się w anielską twarzyczkę, starając się zapamiętać każdy szczegół.

-Jesteśmy na miejscu.

Delikatnie przeniosłem Soo do salonu na kanapę. Mój porcelanowy chłopiec… Taki kruchy… Przysiadłem przy nim i tak postanowiłem zostać.

-Kai?

Drgnąłem, gdy jego wargi poruszyły się. Ciągle nie odzyskał przytomności.

-Kai?- znów to samo.

-Jestem tutaj… Spokojnie…- pogładziłem go po policzku. Jaką on miał miękką skórę…

-Co ty robisz?

Uchyliłem usta.

No, przynajmniej się obudził.

1 komentarz:

  1. Awwwwww :3 to musiało tak być ^^ słoodkie~ tak bardzo xd u mnie atak wielkiej radości, no wreszcie Baekkie będzie szczęśliwy <3 i jeszcze rada dla Kai'a: siedzenie z Dyo razem na kanapie to świetna okazja do ...................... *lennyface*
    kpopowe przytulasy :*,
    ~ S. E. ^^

    OdpowiedzUsuń